Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

naprzód Dż!

No cóż, wygrałam. Stokrotnie i po tysiąckroć wygrałam ;] Przeżyłam semestr, przeżyłam jakoś pospolite styczniowe ruszenie w projekcie (nie żeby drama się skończyła, o nie ;p ). Dzień 1. lutego nadszedł i zastał mnie przy pakowaniu swoich rzeczy w tony folii bąbelkowej i wyławianiu kabli spod biurka. Potem ostatni na tych studiach egzamin i po wyjściu z sali już wiedziałam, że wygrałam i że to koniec, że przeżyłam ten semestr i że niby jeszcze jakaś praca jest do napisania, ale z tym nie będzie problemów ;]

Tak, narzekałam nie raz i nie dwa, ale nigdy nie pomyślałam, że żałuję, że lepsze byłoby pół etatu. Dalej uważam, że to była jedna z lepszych decyzji, jakie podjęłam.

I naprawdę chciałabym powiedzieć, że nie mam żadnych problemów, i w zasadzie nie mam, bo przecież doskonale wiem, jak dojechać jutro do nowej lokalizacji (teraz, proszę państwa, już nie kraków biznes park, a enterprise park! xD ), wiem, który to budynek, i wiem, gdzie siedzę, i patrząc na plan wyczaiłam, jak dojść z windy na swoje miejsce, i wszystko byłoby świetnie, tylko nie wiem, które to piętro ;p Mam zamiar uderzyć pewnym krokiem na drugie, bo intuicja podpowiada mi, że to tam, po czym albo wkroczyć do boksu z triumfalnym „ha, trafiłam”, albo dyskretnie się wycofać i szukać szczęścia gdzie indziej, bowiem pisanie smsów lub pytanie kogoś jest, jak można przypuszczać, dla słabych ;p

mimo wszystko, jest dobrze. jest dobrze i nie sądzę, żebym nie miała życia. wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że mam więcej życia niż w latach wcześniejszych. czasem mi się wydaje, że już prawie, prawie płynę na fali i chociaż prędzej umrę, niż się komuś przyznam, to prawda jest taka, że chodzenie do pracy w sobotę stało się w pewnym sensie całkiem fajne, odkąd drama w projekcie stała się tak wielka, że mój team zaczął mieć sobotnie nadgodziny… ;] (oczywiście w moim przypadku były to w większości sobotnie podgodziny, haha ;p )

no więc w zasadzie jeszcze tylko tydzień i wolne. tzn. takie wolne, że będzie tylko praca. tylko praca. 8-16, ew. 9-17. poniedziałek-piątek. Tak, moi drodzy. Toż to przecież prawie jak wolne! xD

a niech to, ale bym zjadła czekoladę. cały dzień mam ochotę na czekoladę, ale nie chce mi się wyjść do sklepu oddalonego o 5 minut drogi, żeby coś kupić. konflikt tragiczny. lenistwo chroni przed przytyciem ;p chociaż w sumie nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich przestałam słodzić herbatę. pamiętacie, jak ze 2 lata temu były te szalone podwyżki cen cukru? no więc w czasach szalonych podwyżek cen cukru cukier mi się skończył i miałam do wyboru albo iść do Kefirka i przepłacić za i tak drogi cukier, albo pojechać do Auchana, ale skoro bym już jechała do Auchana, to bym zrobiła większe zakupy, a nie chciało mi się potem tłuc się z siatkami w autobusie. i tak oto, z powodu skąpstwa i lenistwa, dwa lata temu rozstałam się z cukrem ;p

naprzód, Dż!

Z racji tego, że dalej jestem na zwolnieniu (ściślej mówiąc – nie jestem; dziś sobota) i przez parę dni wiodłam prawie tak bananowe życie, jak moi współlokatorzy za ścianą, prawie – PRAWIE – udało mi się sprowadzić ten niski, acz nieustanny poziom stresu związanego z pracą prawie do zera. Nie to, że nie lubię swojej pracy. Są momenty, kiedy bardzo ją lubię. Lubię ludzi, bo, jak już kiedyś pisałam, dawno nie otaczało mnie tyle ludzi, którzy byli zwyczajnie mili. Lubię to, co robię (a przynajmniej ideę tego, co robię, a raczej ideę tego, co będę robić, kiedy już nabędę doświadczenia, bo na razie połączenie wciąż niedoświadczonej osoby z pośpiechem związanym z projektem oraz z ogólnym pośpiechem i narzutem związanym z hm, powiedzmy, całością, stanowi połączenie dosyć katastrofalne ;] ). Lubię to, ile się nauczyłam w krótkim czasie, widzę minimalne postępy, jeśli chodzi o pokonanie dysprądzia. Lubię oczywiście to, że zarabiam tyle, co nigdy w życiu (dobra, to nie jest szczególnie odkrywcze, biorąc pod uwagę, że to moja pierwsza praca i w ogóle… ) i że sama mogę się totalnie utrzymać, mieszkając na fancy osiedlu z czterema domofonami (okej, ilość domofonów to NIE JEST wyznacznik sukcesu, raczej lekkiej głupoty projektantów osiedla[1] ) , choć odrobinę przygnębia mnie fakt, że a) zarabiam więcej niż moi rodzice, b) to tak naprawdę wcale nie jest dużo, bo za punkt odniesienia służy punkt a). Cóż zrobić, w końcu to nasza zielona, tfu, wyspa ;]

Wracając do tematu przewodniego – w zasadzie lubię swoją pracę i myślę, że trafiłam w najwłaściwsze miejsce, i cieszę się, że tam trafiłam. Chociaż czasem mam przebłyski, w których wydaje mi się, jakby jedna ja stała całkowicie z boku i patrzyła, co ta druga ja robi i w takim momentach mam wrażenie, że wszystko to jest jednak trochę abstrakcyjne, to to uczucie nie jest takie złe ;] Nie mniej jednak nic nie poradzę na to, że ciągle gdzieś tam czai się moja niewiara w siebie, a to w połączeniu z ww. niedoświadczeniem (omg, ileż to razy miałam ochotę wstać i krzyknąć, że błądzę po omacku i że „hej, ludzie, nie wiem co robić, więc totalnie improwizuję i zobaczę, co z tego wyniknie!”) i ww. pośpiechem sprawia, że ciągle gdzieś tam jest ta obawa, że sobie nie poradzę, że coś zrobię źle, albo o zgrozo, ktoś pomyśli, że sobie nie radzę/robię coś źle. Dlatego zawsze mam małą schizę przed sprawdzaniem pracowego maila, bo nigdy nie wiadomo, co tam się może znaleźć. Z tym, że ze zdziwieniem odkryłam, że nie wszystkie wyzwania pojawiające się w skrzynce sprawiają, że mam ochotę zastosować się do zasady Now panic and freak out. Z racji zwolnienia sprawdzałam okazjonalnie maila (z irracjonalną obawą, że znajdę coś w rodzaju „przez twoją nieobecność powstało kolejne gigantyczne opóźnienie i masz 10 rzeczy do zrobienia na wczoraj”; rzecz jasna, nic takiego się nie pojawiło ;p ) i odczytałam wiadomość od gościa z mojego starego projektu o treści mniej więcej „potrzebujemy nowej symulacji, która odtworzy testy przeprowadzane na end of line” (testy eol są przeprowadzane w niemcowie i generalnie straszne problemy są na linii oni-my). Wiadomość ta zmartwiła mnie tylko z jednego powodu – tego, że żeby zrobić taką symulację, będę musiała iść do mojego obecnego team leadera i bejtać o zgodę na powrót do starego projektu, żeby to zrobić. Nie ma natomiast nic, absolutnie nic z myśli „omg, chcą symulację. symulację. nie wiem/nie umiem/nie poradzę sobie!”, co samo w sobie jest wielkim sukcesem ;] Z wielką chęcią wróciłabym znów do pierniczenia się w labview i nie na rękę jest mi to, że mój obecny projekt aka taka piękna katastrofa dostał znów najwyższy priorytet jeśli chodzi o projekty, a mój stary (i pierwszy) projekt od samego początku traktowany był jako uciążliwa kula u nogi, której należy szybko się pozbyć i zapomnieć… ;]

Ech, ale that’s not the point, nie o to mi chodzi, żeby w kółko opowiadać o tych wszystkich rzeczach, chociaż mogłabym opowiadać o nich cóż – w kółko ;] Ten WSTĘP o tym, jak to zawsze się lekko stresuję i boję się czytać pocztę, miał prowadzić do tego, co wyczytałam przed chwilą (a sprawdzałam tym razem pocztę z podwójną schizą, bo… nieważne ;p ) – otóż za dwa tygodnie przyjeżdża hmm… ktoś. Jakiś Niemiec związany z naszym projektem, na coś w rodzaju wizytacji. Normalnie bym się tym nie bardzo przejęła, bo z racji tego, że jestem nowa, dostałam niezbyt priorytetowe funkcjonalności, więc czytam sobie tego maila, czytam fragment, gdzie jest napisane, o czym gość chciałby dyskutować, czytam nazwy funkcjonalności, jedna, druga, trzecia, okej, nic mojego, dochodzę do ostatniej, a tu bach! Moja ;p No co za drama ;p Ironia polega na tym, że a) jest to naprawdę tycia funkcjonalność, b) została zrobiona (a pisząc zrobiona mam na myśli moje zrobienie, tj. testy) w, jak można się domyślić, pośpiechu (chociaż nie jest to jakieś bardzo fatalne) i oczywiście jest na etapie pobieżnym (kurde, musiałam skasować, co napisałam, bo uświadomiłam sobie, że o pewnych rzeczach po prostu nie mogę pisać) , c) z powodu braku, nazwijmy to, podstawowego sprzętu używanego przez testerów do testowania (ale sprzęt się robi, a ja już nauczyłam się czegoś nowego – lutowania naprawdę małych elementów smd :D swoją drogą, to niesamowite, jak na początku trzęsła mi się ręka, a potem przestała i nawet lewa ręka okazała się całkiem chętna do współpracy ;] ) najważniejszą część testów przeprowadzam z użyciem trochę żałowego i chałupniczego czegoś, d) pomimo tego, że jest to tycia funkcjonalność, z punktu widzenia bezpieczeństwa samochodowego wydaje mi się dosyć ważną rzeczą. Dlatego, w takich chwilach jak ta, uciekam się znów do tego poczucia abstrakcji i myślę, że muszę przez to wszystko przejść i wyciągnąć z tego jak najwięcej nauki i że owszem, może *hipotetyczna* *dyskusja* z *kimś* o mojej funkcjonalności (waaaaas? o czym? co mam powiedzieć? co mam powiedzieć o tym czymś po angielskuuuuuu?) to kolejny cóż… schodek ;] Odkryłam, że kiedy już potraktuję to wszystko jak abstrakcję (ale że ja? ja tutaj? ja robię takie rzeczy? Nieżle! ;p), kiedy pogodzę się z faktem, że czasem to wszystko (w tym kursowanie dom-agh-praca-dom) przypomina szaloną kolejkę górską i odkryję, że ta kolejka ma magiczny przycisk, który sprawia, że kolejka nie jedzie po torach, ale raczej lewituje nad nimi (ach, proszę państwa, to nic, to tylko Dż. i jej obrazowe porównania ;p ) i dzięki temu nie czuje się wstrząsów, to to wszystko, czasami, może się wydać całkiem… zabawne. ;]

[1] Czy słyszał ktoś o czymś takim jak „linia zajęta”? Tak? Nie? Natknęłam się na to już dwa razy i powiem tak – jakby komuś z jakiegokolwiek bloku z fancy osiedla przyszło na myśl pogadać sobie przez jeden z och, tylko jakiegoś miliona domofonów z kimś przed wejściem, to ja… well, to ja stoję i czekam ;p