Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

.

Podpisałam wczoraj umowę, czerwiec-sierpień, pełny etat. Czuję się tak, jakbym już od jakiegoś czasu siedziała w kolejce górskiej i własnie ktoś uruchomił mechanizm startowy ;p Czeka mnie kolejne wynajęcie pokoju, bo wakacje w akademiku to loteria, a poza tym z wstępnego rozeznania na gumtree wynika, że za niewielką czasem dopłatą można mieć na wakacje pokój jednoosobowy, w całkiem porządnej lokalizacji i w całkiem porządnym mieszkaniu. Łooo! Milion możliwości, lubię to ;] Niestety, wiele rzeczy jest niepewnych, bo szezrze, troszeczkę się obawiam tego czerwca (sesji na razie mniej; mam zamiar zacząć uczyć się odpowiednio wcześniej), a poza tym nie wiem, jak to będzie we wrześniu i dalej z pracą… Nie mniej jednak, tak jakoś czuję, takie mam przczucie, że za tym zagmatwanym odcinkiem, za tym wzburzonym morzem (damn! Mam nadzieję, że nikt się nie śmieje z moich marynistycznych porównań ;p ) dalsza przyszłość jest całkiem jasna. To znaczy, jest całkiem spokojnym morzem ;p

Dzień bez ironii losu to dzień zmarnowany.

No nieeee, to chyba jakiś żart! Wracam sobie dziś do mojej cudownej akademikowej jednoosobowej rezydencji (a burdel jest w niej jak zwykle… ), normalnie biorę klucz z portierni, bo kto inny by mógł wziąć ten klucz, wchodzę do pokoju i tu pierwsze lekkie zdziwienie, bo żaluzje w oknie były zasłonięte, a ja przecież na bank okno odsłaniałam. Nic to, pewnie się same zsunęły (o, losie!). Potem patrzę na swoje łóżko i zaraz, ten worek leżał przecież na górnym, nieużywanym łóżku! Co, jakaś wizytacja była w pokoju? (serio, w tym momencie dalej jeszcze nie dopuszczałam do siebie TEJ myśli… ;p ). Potem patrzę na górne łóżko i tu kurwa zadziwienie – łóżko pościelone! W tym momencie przełączyłam się już na szybkie reagowanie, rzut oka tu, rzut oka tam, jest! Kartka na laptopie. „Jestem twoją nową współlokatorką (…)”.

A niech to! ;p Nie no, to na pewno będzie miła koleżanka i w ogóle, ale wiecie, ja uwielbiam mieszkać sama. A już ta konfiguracja, pokój jednoosobowy, 340zł/miesiąc, łazienka w pokoju i te sprawy, no rewelacja! (tylko trochę mi zaczyna tbyć tu ciasno, no ale i tak niedługo miałam zamiar kończyć przygodę z aka…). O, losie! O, ironio losu! Jeszcze dzisiaj w rozmowie z kimś się chwaliłam, jak mi się to wspaniale mieszka, a ostatnio w mailu do byłej już wsp. też wspominałam, że wciąż mieszkam sama. No i mam ;p

Ogólnie do bani jest ten semestr. Rok cały do bani, to swoją drogą; ostatnio naprawdę szczęśliwa byłam w lipcu ubiegłego roku. Odległa data, czyż nie? Nie mniej jednak dopiero teraz jest chyba tak, że w pełni płacę za swoją głupotę, za brak odwagi do powiedzenia nie i za moją tendencję do robienia czegoś wbrew sobie.

A co z etatem? Stanęło na tym, że od czerwca do sierpnia będę mieć umowę na pełny etat, już zatrudnienie przez firmę właściwą, a potem „się zobaczy”, jak to powiedział mój project manager (czyli pewnie będzie tak jak miało być, pełny etat dalej od września i przez następny semestr). Cóż. Niby dobrze. Biłam się z myślami strasznie i moją pierwszą odpowiedzią było „dalej pół etatu, jeśli łaska”, ale potem wyszło jak wyszło i jakiś tydzień później wzięłam ten 3-miesięczny pełny etat. Więc biłam się z myślami strasznie i ostatecznie rozegrało się to na poziomie „losie, daj mi znak” (co w świetle wydarzeń wszystkich innych jest… u know, what i mean ;p ). Było trudno, bo nie byłam pewna, czy to wewnętrzne przekonanie to jest naprawdę intuicja, czy też właśnie to kolejne destruktywne działanie wbrew sobie. Cóż, szczerze mam nadzieję, że to pierwsze. Jak można było się spodziewać, w tej decyzji wsparła mnie tylko rodzina i jeden gość z pracy (ale jego na 100% nasłał project manager w celu agitacji, więc się nie liczy ;p ), znajomi moi udzielili mi tylko zwątpienia. Ale znalazłam na to sposób, bo w końcu wszystko jest kewstią nastawienia. Zaczęłam myśleć w kategoriach „co jeśli”. Co jeśli to jest właśnie ta moja szansa jedna na milion (oczywiście nie w sensie Preatchetta ;p Te, jak wiemy, zdarzają się w dziewięciu przypadkach na 10 ;p )? Co jeśli to właśnie ja jestem tą osobą, która może pogodzić głupawe studia i pracę? Zresztą, tak na zdrowy rozsądek, to nie powinnam słuchać tych zwątpień moich cudownych kolegów. T.: „No, a sesja?” Ja (w myślach): „Szlag, sesja! T__T Jak ja się będę uczyć i pracować na pełnym etacie? T__T” (na głos): „No, ale przecież nie będziesz się uczył przez całe dnie, nie?” T.: „Noo, znając mnie, to będę się uczył dzien przed”. !!! No właśnie!

Eeeech. Teraz wybaczcie, ale muszę tu trochę ogarnąć. Tak jakby pozbierać rzeczy rozwalone na 2 biurkach, na 2 szafkach, w 2 szafach…

.

Kurwa.

.

Przewartościowania, decyzje, rozliczenia. A nie, przepraszam, rozliczeń na razie dokonuję we własnej głowie.

Pełny etat, biorąc pod uwagę semestr zimowy to z pewnością samobójsto. A jednak szansa zaistniała. Po upływie 1,5 miesiąca odbywam rozmowę, w której słyszę, że „dobrze rokuję na przyszłość” i ktoś mnie tam chwalił i dlatego dostaję taką dodatkową szansę, ten ewentualny pełny etat już od czerwca. Czego nie wybiorę, zawsze jest ryzyko.
Po ponad trzech latach czucia się jak kretyn, wiary w siebie wciąż spadającej w dół, wiecznych deprecjacji, poklepywania po głowie i udawadztwa umarłam i jestem w niebie, gdzie ludzie są normalni. No kurwa.

Sporo rzeczy muszę jeszcze uporządkować. Mocno metaforycznie i całkiem dosłownie, bo, jako że dalej mieszkam sama i z powodów różnych, w strasznym burdelu mieszkam od jakiegoś czasu. Cóż, burdel w głowie, to i burdel w pokoju.

Przewartościowania, tak tak.