Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

update 2

aha, no i powiedzieć, że się blogowo przeprowadziłam, to o wiele za dużo powiedziane, ale znalazłam okropnie przyjazne miejsce w internecie i tam aktualnie spędzam czas, więc na razie ten tutaj blog mnie przestał interesować. Szczęśliwie udało mi się uniknąć jakichkolwiek informacji, że ja to ja, także my happy place pozostanie… no cóż, my happy place ;]

update.

Raz dwa trzy, dowód na to, że Dżoana ma raz na ruski rok życie towarzyskie.

W pracy cuda i dziwy, od jutra zaczynam nowy projekt, przeniesiona do nowego teamu. Po piątkowej rozmowie, jaką odbyłam z panem nadrzędnym kierownikiem sama już nie wiem, czy jako wspomagająca tania siła robocza, czy też jako new hope. Nowy poziom abstrakcji osiągnięty, kiedy w rozmowie piątkowej EGM (tzn nadrzędny kierownik ;p ) do mojego noewgo team leadera mówił rzeczy w rodzaju „jestem gotów zaryzykować, że sobie poradzi”. Hm, no dobra, wcale ten cytat nie wygląda powalająco, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że w tamtej sytuacji i w świetle tego wszystkiego, co było omawiane, było naprawdę dziwnie słyszeć te wszystkie niebezpośrednie pochwały. No i pełny etat podtrzymany, bo umowa kończyła mi się w sierpniu, przy czym obaj panowie wydawali się szczerze zaangażowani w to, żeby „Asia się nie zamęczyła praca i studiami”, więc stanęło na tym, że wrzesień normalny pełny, a na te 4 miesiące ostatniego semestru coś się wymyśli, przy czym to coś to zapowiada się na całkiem spore ustępstwa (i to nie z mojej strony ;p ), więc jakoś szczególnie mnie to nie przeraża. A nie przeraża, bo:
1. Raczej nie grozi mi „wypalenie”, o którym też EGM wspominał. Bo kiedy tylko powiedział o tym całym wypaleniu, to miałam ochotę się tylko roześmiać.
2. Chociaż teraz jestem zmęczona i dalej nie wiem, w jaki sposób ludzie pracujący mogą po pracy jeszcze zrobić coś sensownego, to dobrze pamiętam szalony czerwiec. Bo widzicie, w szalonym czerwcu chodziłam do pracy w sobotę, próbując pogodzić pełny etat z wciąż jeszcze trwającymi zajęciami, po godzinach uczyłam się na głupi egzamin z owss (nic nie poradzę, że wszystko związane z optymalizacją totalnie mnie przerasta… ;p ), potem uczyłam się też na inne rzeczy do zaliczenia, umierałam z gorąca w akademiku, cierpiałam na niewyspanie z powodu budzikowej pani (i dręczyłam opowieściami o tejże pani pracowego kolegę… ;p ), w międzyczasie szukałam pokoju na wakacje z możliwością przedłużenia, chodziłam biegać na błonia średnio co 2 dni, bo wiedziałam, że niedługo z błoniami się rozstanę i raz była taka burza i biegłam w potokach wody, a potem przeprowadzałam się na raty, zdawałam egzaminy, potem była ta heca z robakami w mieszkaniu, więc dzień przed egzaminem z owss zamiast się uczyc lub iść spać o północy w desperacji patrzyłam na gumtree za nowym pokojem, (a pracowy kolega od budzikowej lady totalnie się nabijał z tych robaków, ale potem się przejał i sam zaczał mi czegoś szukać po tym, jak w pracy oznajmiłam, że za kilka dni mogę się znaleźć pod mostem ;p ), osiągnęłam poziom, kiedy śmiać mi się chciało z tego wszystkiego, potem osiągnełam poziom, że uświadomiłam sobie, że nie mogę się rozpłakać, bo jak to zrobię, to się po prostu złamię, ale potem się jednak tak trochę rozpłakałam po drodze do domu, to znaczy do tego mieszkania z robakami i pamiętam, że padał wtedy deszcz, ale nic się nie stało i zrobiłam to i doprowadziłam sprawy do końca, zdałam ten głupi ustny z owss i nawet podniosłam sobie ocenę, i znalazłam nowy pokój i się przeprowadziłam i wtedy pomyślałam sobie, że może nie jestem znowu takim słabeuszem i może jest tak naprawdę totalnie, totalnie odwrotnie. I jeszcze, co by to było, gdybym nie musiała nieustannie walczyć z własną głową.

Damn, miałam iść spać o 22 30! ;p

shit, shit happens.

A niech to. W zasadzie nie powinno mnie to dziwić, to takie typowe.
Piałam sobie notkę, taką fajną, szybko mi się pisało, choć trochę nieskładnie, bo starałam się nie zgubić myśli, no w każdym razie całkiem sporo mi się napisało i wtedy stało się to, co się stało. Czyli wysunął mi się kabel od prądu i komputer się wyłączył, bo oczywiście bateria dalej nie została zakupiona (to już 2 lata?) w myśl zasady „dobrze pamiętam swoje przeboje z baterią della a ona kosztuje 500zł hell no nie będę wydawać 500zł żeby dzwonić potem godzinami na infolinię della bo to się znów zepsuło”.
Taaak…

No więc w tym, co było, ale się skasowało, było co następuje:
1. Dwa powody, dla których moje studia są głupie.
2. „Będą ze mnie ludzie”.
3. Mam w głowie gwiazdki i cekiny, i jest tam całkiem różowo. I mam potrzebę tworzenia.

I, oczywiście, w tym telegraficznym skrócie wcale nie wygląda to fajnie, damn.

Oh my, ależ mi się nie chce iść do pracy jutro! Spodobało mi się leżenie w łóżku na moim pierwszym, własnym i uczciwie zdobytym l4 ;p

all the way, all the way to Reno

To wciąż jest jak zły sen, a najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że doprawdy nie wiem, czy taki ze mnie okropny mięczak, czy też może wręcz przeciwnie, czy to jest tak, że to właśnie każda inna osoba na moim miejscu, dokładnie w mojej sytuacji i na dodatek z moimy myślami, z moją pierdoloną głową, po prostu by nie dała rady.

– (…) za pół roku będę się z tego śmiać.
- Ha, a jak ja się będę śmiał…

Tak, proszę państwa. Jakby ktoś nie zauważył, jestem w kryzysie. Tym razem, to po prostu za wiele, za wiele tego wszystkiego.