Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

naprzód, Dż!

Z racji tego, że dalej jestem na zwolnieniu (ściślej mówiąc – nie jestem; dziś sobota) i przez parę dni wiodłam prawie tak bananowe życie, jak moi współlokatorzy za ścianą, prawie – PRAWIE – udało mi się sprowadzić ten niski, acz nieustanny poziom stresu związanego z pracą prawie do zera. Nie to, że nie lubię swojej pracy. Są momenty, kiedy bardzo ją lubię. Lubię ludzi, bo, jak już kiedyś pisałam, dawno nie otaczało mnie tyle ludzi, którzy byli zwyczajnie mili. Lubię to, co robię (a przynajmniej ideę tego, co robię, a raczej ideę tego, co będę robić, kiedy już nabędę doświadczenia, bo na razie połączenie wciąż niedoświadczonej osoby z pośpiechem związanym z projektem oraz z ogólnym pośpiechem i narzutem związanym z hm, powiedzmy, całością, stanowi połączenie dosyć katastrofalne ;] ). Lubię to, ile się nauczyłam w krótkim czasie, widzę minimalne postępy, jeśli chodzi o pokonanie dysprądzia. Lubię oczywiście to, że zarabiam tyle, co nigdy w życiu (dobra, to nie jest szczególnie odkrywcze, biorąc pod uwagę, że to moja pierwsza praca i w ogóle… ) i że sama mogę się totalnie utrzymać, mieszkając na fancy osiedlu z czterema domofonami (okej, ilość domofonów to NIE JEST wyznacznik sukcesu, raczej lekkiej głupoty projektantów osiedla[1] ) , choć odrobinę przygnębia mnie fakt, że a) zarabiam więcej niż moi rodzice, b) to tak naprawdę wcale nie jest dużo, bo za punkt odniesienia służy punkt a). Cóż zrobić, w końcu to nasza zielona, tfu, wyspa ;]

Wracając do tematu przewodniego – w zasadzie lubię swoją pracę i myślę, że trafiłam w najwłaściwsze miejsce, i cieszę się, że tam trafiłam. Chociaż czasem mam przebłyski, w których wydaje mi się, jakby jedna ja stała całkowicie z boku i patrzyła, co ta druga ja robi i w takim momentach mam wrażenie, że wszystko to jest jednak trochę abstrakcyjne, to to uczucie nie jest takie złe ;] Nie mniej jednak nic nie poradzę na to, że ciągle gdzieś tam czai się moja niewiara w siebie, a to w połączeniu z ww. niedoświadczeniem (omg, ileż to razy miałam ochotę wstać i krzyknąć, że błądzę po omacku i że „hej, ludzie, nie wiem co robić, więc totalnie improwizuję i zobaczę, co z tego wyniknie!”) i ww. pośpiechem sprawia, że ciągle gdzieś tam jest ta obawa, że sobie nie poradzę, że coś zrobię źle, albo o zgrozo, ktoś pomyśli, że sobie nie radzę/robię coś źle. Dlatego zawsze mam małą schizę przed sprawdzaniem pracowego maila, bo nigdy nie wiadomo, co tam się może znaleźć. Z tym, że ze zdziwieniem odkryłam, że nie wszystkie wyzwania pojawiające się w skrzynce sprawiają, że mam ochotę zastosować się do zasady Now panic and freak out. Z racji zwolnienia sprawdzałam okazjonalnie maila (z irracjonalną obawą, że znajdę coś w rodzaju „przez twoją nieobecność powstało kolejne gigantyczne opóźnienie i masz 10 rzeczy do zrobienia na wczoraj”; rzecz jasna, nic takiego się nie pojawiło ;p ) i odczytałam wiadomość od gościa z mojego starego projektu o treści mniej więcej „potrzebujemy nowej symulacji, która odtworzy testy przeprowadzane na end of line” (testy eol są przeprowadzane w niemcowie i generalnie straszne problemy są na linii oni-my). Wiadomość ta zmartwiła mnie tylko z jednego powodu – tego, że żeby zrobić taką symulację, będę musiała iść do mojego obecnego team leadera i bejtać o zgodę na powrót do starego projektu, żeby to zrobić. Nie ma natomiast nic, absolutnie nic z myśli „omg, chcą symulację. symulację. nie wiem/nie umiem/nie poradzę sobie!”, co samo w sobie jest wielkim sukcesem ;] Z wielką chęcią wróciłabym znów do pierniczenia się w labview i nie na rękę jest mi to, że mój obecny projekt aka taka piękna katastrofa dostał znów najwyższy priorytet jeśli chodzi o projekty, a mój stary (i pierwszy) projekt od samego początku traktowany był jako uciążliwa kula u nogi, której należy szybko się pozbyć i zapomnieć… ;]

Ech, ale that’s not the point, nie o to mi chodzi, żeby w kółko opowiadać o tych wszystkich rzeczach, chociaż mogłabym opowiadać o nich cóż – w kółko ;] Ten WSTĘP o tym, jak to zawsze się lekko stresuję i boję się czytać pocztę, miał prowadzić do tego, co wyczytałam przed chwilą (a sprawdzałam tym razem pocztę z podwójną schizą, bo… nieważne ;p ) – otóż za dwa tygodnie przyjeżdża hmm… ktoś. Jakiś Niemiec związany z naszym projektem, na coś w rodzaju wizytacji. Normalnie bym się tym nie bardzo przejęła, bo z racji tego, że jestem nowa, dostałam niezbyt priorytetowe funkcjonalności, więc czytam sobie tego maila, czytam fragment, gdzie jest napisane, o czym gość chciałby dyskutować, czytam nazwy funkcjonalności, jedna, druga, trzecia, okej, nic mojego, dochodzę do ostatniej, a tu bach! Moja ;p No co za drama ;p Ironia polega na tym, że a) jest to naprawdę tycia funkcjonalność, b) została zrobiona (a pisząc zrobiona mam na myśli moje zrobienie, tj. testy) w, jak można się domyślić, pośpiechu (chociaż nie jest to jakieś bardzo fatalne) i oczywiście jest na etapie pobieżnym (kurde, musiałam skasować, co napisałam, bo uświadomiłam sobie, że o pewnych rzeczach po prostu nie mogę pisać) , c) z powodu braku, nazwijmy to, podstawowego sprzętu używanego przez testerów do testowania (ale sprzęt się robi, a ja już nauczyłam się czegoś nowego – lutowania naprawdę małych elementów smd :D swoją drogą, to niesamowite, jak na początku trzęsła mi się ręka, a potem przestała i nawet lewa ręka okazała się całkiem chętna do współpracy ;] ) najważniejszą część testów przeprowadzam z użyciem trochę żałowego i chałupniczego czegoś, d) pomimo tego, że jest to tycia funkcjonalność, z punktu widzenia bezpieczeństwa samochodowego wydaje mi się dosyć ważną rzeczą. Dlatego, w takich chwilach jak ta, uciekam się znów do tego poczucia abstrakcji i myślę, że muszę przez to wszystko przejść i wyciągnąć z tego jak najwięcej nauki i że owszem, może *hipotetyczna* *dyskusja* z *kimś* o mojej funkcjonalności (waaaaas? o czym? co mam powiedzieć? co mam powiedzieć o tym czymś po angielskuuuuuu?) to kolejny cóż… schodek ;] Odkryłam, że kiedy już potraktuję to wszystko jak abstrakcję (ale że ja? ja tutaj? ja robię takie rzeczy? Nieżle! ;p), kiedy pogodzę się z faktem, że czasem to wszystko (w tym kursowanie dom-agh-praca-dom) przypomina szaloną kolejkę górską i odkryję, że ta kolejka ma magiczny przycisk, który sprawia, że kolejka nie jedzie po torach, ale raczej lewituje nad nimi (ach, proszę państwa, to nic, to tylko Dż. i jej obrazowe porównania ;p ) i dzięki temu nie czuje się wstrząsów, to to wszystko, czasami, może się wydać całkiem… zabawne. ;]

[1] Czy słyszał ktoś o czymś takim jak „linia zajęta”? Tak? Nie? Natknęłam się na to już dwa razy i powiem tak – jakby komuś z jakiegokolwiek bloku z fancy osiedla przyszło na myśl pogadać sobie przez jeden z och, tylko jakiegoś miliona domofonów z kimś przed wejściem, to ja… well, to ja stoję i czekam ;p

.

Z zadowoleniem muszę stwierdzić, że przebywanie na L4 jest jedną z przyjemniejszych rzeczy, jaka mnie ostatnio spotkała. Oczywiście, istnieją też pewne efekty uboczne w postaci niesprecyzowanych wyrzutów sumienia, które można przybliżyć czymś w stylu „oooo dostałam zwolnienie aż na cztery dni i ktoś sobie pomyśli, że się obijam”, przy czym to dalej nie będzie dokładnie to, o co mi chodzi. Może po prostu wpisuję się w ten stereotyp, że kobiety nawet jak są chore, to dalej funkcjonują jak gdyby nigdy nic, aczkolwiek u mnie wygląda to tak, że potrafię równocześnie myśleć kategoriami „nie dość chora, żeby się bezkarnie wylegiwać w łóżku” oraz zdawać sobie sprawę, jak bardzo głupie jest to myślenie, wszak nikt nigdy nie określił granicy chory-nie chory.

W każdym razie, kiedy tak czas płynie mi leniwie i co jakiś czas napadają mnie wyrzuty sumienia, że nie ma mnie w pracy albo że zamiast spożytkować ten czas na uczeniu się niemieckiego lub czymś innym z rodzaju inwestycji w siebie, spędzam go bardziej na czytaniu książek bądź też powstrzymywania siebie od grania w tę grę, która przyzywa mnie do siebie raz na kilka lat, a której nazwy chyba nie powinnam wymawiać, bo teraz to już pewnie nawet nie jest śmieszne, a żałowe, ale co tam. Tak jak są osoby bardziej podatne na takie pułapki, jak hazard czy napoje wyskokowe, jest także JKW, która raz na parę lat wpada w nałóg i gra w Tibię… ;] Ach, ale odeszłam od tematu. Rzecz w tym, że kiedy tak sobie leżę i myślę, jak to niekomfortowo się czuję tak leżąc i nie robiąc nic produktywnego, dochodzę do wniosku, że i tutaj coś poszło trochę nie tak. Los obdarzył mnie rożnymi współlokatorkami i co najmniej dwie z nich były z gatunku dziewczyn produktywnych, które były zdolne, obijały się tylko troszeczkę i choć ich drogi – nazwijmy to kariery – są różne, to zawsze byłam przekonana, że czeka je świetlana przyszłość. Niestety, Los zakpił sobie ze mnie i nie uczynił mnie produktywną dziewczyną. Uczynił mnie dziewczyną z wyrzutami sumienia i działa to w ten sposób, że jak będę siedzieć i cały dzień oglądać seriale, to mi będzie wstyd, ale jak usiądę i otworzę zeszyt i powiem, że się uczę, i zamiast się w 2 godziny nauczyć, to będę się uczyć cały dzień co 15 min z przerwami na seriale, to już będzie ok ;p Hm, chociaż w sumie nie do końca będzie ok, ale coś w tym jest. Cóż. Jeszcze jest czas, żeby trochę nad tym popracować. Pod tym względem chodzenie do pracy jest dobre, bo kiedy człowiek przychodzi do domu wieczorem, to może z pełnym spokojem powiedzieć „mam wszystko gdzieś” i przez resztę czasu leżeć w dresach i czytać książkę.

Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem założenia bloga, na którym pisałabym różne takie hmm… teksty? felietony? Ciężko sprecyzować, dość powiedzieć, że pełno jest tego badziewia w internecie ;p Kiedy jestem w domu, mama zawsze powtarza (po kolejnej wygłoszonej przeze mnie uwadze, po której rodzina  naprawdę się śmieje), że powinnam coś zacząć pisać, na co ja jej zawsze powtarzam, że to działa najczęściej wtedy, kiedy ma to jakiś zawiązek z moją osobą i że to nie wyjdzie przy pisaniu rożnych takich. Myślę jednak, że to nie tyle chodzi o błyskotliwe uwagi pod swoim adresem, co o stopień tzw. oswojenia się z danymi ludźmi. To wychodzi tak samo z siebie, słowa się tworzą same i przechodzą do ust na skróty, z pominięciem stresy przemyślenia, co się chce powiedzieć, ale tylko wtedy, kiedy przebywam z ludźmi, z którymi, z którymi się oswoiłam i mam coś w rodzaju poczucia bezpieczeństwa ;p Cóż. Ale nad blogiem z badziewiem trzeba pomyśleć. A nuż ktoś to zacznie czytać i zarobię na reklamach? Na tej zielonej wyspie tuskolandii niczego nie można być pewnym i kobieta niezależna powinna szukać różnych źródeł dochodu ;p

‚Cause though the truth may vary. This ship will carry. Our bodies safe to shore

Jesień w Business Parku. Piękna, złota jesień w Business Parku. Wiem, bo sobotę spędziłam w pracy i słońcem zachwycałam się w większości tylko przez panoramiczne okna ;]  Miałam przyjść tylko na 4 godziny, które zostały mi z zeszłego tygodnia, ale z pewnych problemów technicznych zeszło mi trochę dłużej. Nie mniej jednak, wychodziłam zadowolona, bo kiedy hmm… moja główna rzecz, którą miałam zrobić, wgrywała się spokojnie do bazy, mogłam zająć się poprawkami czegoś innego, które to poprawki jako jedne z wielu wisiały nade mną już od jakiegoś czasu. Co zrobić, kiedy wszystko tak na szybko, na szybko, pierwsza zasada korporacji, moi państwo – nie ma czasu, by zrobić coś dobrze, ale jest czas, by pięć razy poprawić! ;p Anyway, wróciłam więc do mojego starego kodu, do moich pierwszych automatycznych skryptów i stwierdziłam, że całkiem sprytnie zrobiłam pewne rzeczy i pogratulowałam w duchu Dżoanie z okolic sierpnia ;p . Poprawiłam najbardziej krytyczną rzecz, nad którą się strasznie namyśliwałam, kiedy jeszcze byłam zajęta tą funkcjonalnością, bo mi ciągle wychodziło, że to działa odrobinę nie tak, jak w wymaganiach, ale żem jeszcze niepewny tester i dobrze pamiętam ten numer z generatorem w poprzednim projekcie (o, mniej więcej takim ;p ), kiedy zgłosiłam mojego pierwszego błęda, a to się okazało, że to głupi generator robi czasem dziwne przekłamania i software’owiec, dobry software’owiec, ze 2 dni nad tym siedział, zanim wykrył, że to nie błąd w sofcie (ale nic nie powiedział, w końcu to głupi generator, a nie ja! ;p ) i stwierdziłam, że prędzej sprawdzę to jeszcze jakiś milion razy, niż zgłoszę ot tak. No więc wróciłam do tego kodu, poprawiłam i na bazie mojego dużego, bo ponad dwumiesięcznego doświadczenia stwierdziłam, że na pewno dobrze zliczam te ramki canowskie, więc czas wprowadzić do nowego projektu stare zwyczaje i skontaktować się z programistą! xD Tak w dużej mierze minęła mi sobota.

Dalej.

Spędziłam jedną z bardziej produktywnych niedziel: zrobiłam pranie, poszłam na basen, gdzie swoje obowiązkowe 40 basenów kraulem przepłynęłam w tempie szybszym, niż zwykle, potem zahaczyłam o Błonia, gdzie w cudownej pogodzie poczytałam książkę, zrobiłam sobie naprawdę dobry obiad, a potem ogarnęłam dwie rzeczy na studia w myśl zasady, że będę porządną studenciną.

Dziś przyszłam do pracy i na totalnym lajcie kontynuowałam swoje pokrycie wymagań, bo szcześliwymi zbiegami okoliczności udało mi się wygenerować dosyć duży przyrost (i dla dobra wspólnego nie będę się wdawać w szczegóły ;p ), w międzyczasie skonsultowałam się z moim Dobrym Niemcem-software’owcem (nie tym od generatora, innym ;p ) co do ewentualnego błędu, którego po sobocie byłam już pewna (w sensie, że ja i mój test się nie mylimy ;p ), w międzyczasie poprawiłam jeszcze jedną drobną rzecz gdzieś tam i poczułam, jakbym wreszcie postawiła jeden mały krok w kierunku ogarnięcia tego wszystkiego. Potem wybiła 17 i stwierdziłam, że czas zrobić gierałt of hijer, skoro dalej godziny i ewentualne odrabianie mam pod kontrolą. Udało mi się uniknąć stalkera, który nie jest takim prawdziwym stalkerem, ale tak zaczęłam w myślach go nazywać, bo bawi mnie ta nazwa, i w okolicach 18 dotarłam do dom mieszkania.

Włączam komputer, co by sprawdzić pudla i fejsika, a tu na forum roku czytam, że jutro są jakieś bzdurne zajęcia o 9 i cóż… cały mój plan 5 godzinnego dnia pracy poszedł się walić, bo na nieco ponad 2 godziny to trochę bez sensu jechać. Damn. Jak te studia mi brużdżą ;p Trzeba oddać sprawiedliwość – było i jest parę rzeczy całkiem w porządku, ale nic nie poradzę, że teraz to dla mnie całkiem dobrze argumentowane waste of time, zwłaszcza, kiedy popatrzy się na to w sposób: teraz muszę iść na głupie zajęcia i stracę czas, a potem muszę zapierdalać w sobotę do pracy ;p Oczywiście w głowie niemalże słyszę teksty w rodzaju „nie musiałaś się w to pakować”, na które nie zamierzam odpowiadać, bo raz – w pewnym sensie tak, musiałam, dwa – co by nie powiedzieć i jakichkolwiek emocji by mi ta praca nie dostarczała, to prawda jest taka, że bilans zysków i strat jest dodatni, dodatni na tyle, że kiedy się zacznie naprawdę ciężko (a zacznie? bo serio, sama już nie wiem), to i tak nie będę żałować ;]

.

No więc oddałam della do serwisu, na samą diagnozę trzeba czekać 5-6 dni. Świetnie, naprawdę świetnie. Nie było by to takie złe, w końcu coś mnie powstrzyma przynajmniej przez chwilę od tracenia czasu przed tym pudłem, ale:

1. Ten netbook, jakiego obecnie używam, jest straszny! Żeby cokolwiek się załadowało, muszę czekać całe wieki, ekran jest tyci i nie trafiam w odpowiednie klawisze. Nie było by to takie złe (patrz wyżej: marnowanie czasu w internetach), gdyby nie…

2. Studia! Na razie na szczęście nic nie trzeba jeszcze robić, ale wiecie, nigdy nic nie wiadom… ;p Także i to dało by się przeżyć, gdyby nie…

3. Jakoś TOTALNIE umknął mi fakt, że oddanie komputera do serwisu = oddanie twojego prywatnego komputera w ręce totalnie obcych ludzi! I co z tego, że pewnie nie ma tam nic kompromitującego. Od zawsze uważam, że zezwolenie innym na grzebanie w twoim komputerze to jak pozwolenie komuś, by przeglądał twoja szufladę z majtkami i fakt, że nie ma tam babcinych barchanów, tylko same koronki, KOMPLETNIE nie świadczy o tym, że wszystko jest w porządku… ;p Geeeeeeeeez. Miałam przez chwilę ochotę pozmieniać wszystkie znaczące hasła, ale jak przeczytałam, że na gmailu nie można wrócić do starego, to zrezygnowałam, bo lubię swoje obecne hasło ;p Geeeeeeez….