Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

Bez kategorii

lalala, niefart.

Okropnie lubię, kiedy wychodzę z domu na godzinę, laptop zostaje włączony, po czym wracam po tej godzinie, a tu działa wszystko, ale ekran jest czarny. Czarny czarny. Umarł. Szczęście w nieszczęściu, że akurat jestem w domu, więc mogę się podpiąć nawet do telewizora, ale to tak jakby nie rozwiązuje problemu. Przeraża mnie trochę myśl o oddaniu tego głupka do serwisu ;p

W pewnym sensie, dziwi mnie to tylko trochę. Chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak długo mam już tego głupiego della, to pierwsza poważna awaria po prawie 4 latach wcale nie jest złym wynikiem.

jeden mały krok w górę.

Bez wdawania się w szczegóły – mój pierwszy pracowy projekt, który miał być zrobiony i zapomniany przez wszystkich, zaczął się baaardzo  komplikować jakiś czas temu (a raczej z chwilą, kiedy poszedł dalej, do panów Niemców z produkcji ;p ). Maile kursowały we wszystkich możliwych kierunkach, przez długi czas nie było wiadomo, o co chodzi, ja dzielnie starałam się asystować, później wyszło to nieco poza moje kompetencje, więc przestałam się martwić (a raczej zaczęłam, kiedy przeszłam do nowego projektu ;p ). Wczoraj temat znów został wznowiony (po raz kolejny(, a mi przesłano jeden z maili ‚konwersacyjnych’ i tak to sobie czytam, co tam pisze, a tam, proszę państwa, taka oto bomba!

O samochodzie testowym to rozmawialiśmy w kwietniu kiedy był problem zlogowania protokołu.
Teraz mnie on już do niczego nie jest potrzebny, tym bardziej że Asia Kloch odwaliła naprawdę dobrą robotę i przetestowała cały system na podstawie logów zrobionych pomiędzy master’em i slave’m.

Nie macie pojęcia, jak okropnie się ucieszyłam, jak to przeczytałam ;] W sumie, jakby się zastanowić… Zrobiłam w labview kompletną (i koślawą, ale co zrobić, pierwsze labview w życiu i sama obczaiłam prawie wszystko :D ) symulację umożliwiającą komunikowanie się z ultrasonikiem! ;]

.

Damn, nie lubię tego uczucia, które towarzyszy mi zawsze, kiedy wprowadzam się w nowe miejsce. Wiecie, to dziwne uczucie niepokoju, pomiędzy początkową euforią łał, nowe miejsce! fajne miejsce! a myśleniem wreszcie w domu, kiedy już człowiek się zaaklimatyzuje i otoczy swoimi przedmiotami. I tak jak lubię się przenosić (i pewnie będę się przenosić dotąd, aż wreszcie zakupię – tak, zakupię – moje własne mieszkanie, bo MOJE mieszkanie będzie idealne ;p ), to nie lubię tego właśnie momentu, kiedy pokój jest zagracony stosami rzeczy, kiedy nie mam czasu czy siły, żeby załatwić rozpakowanie za jednym zamachem, kiedy jeszcze nie wtopiłam się w otoczenie i moje rzeczy, a więc i ja przy okazji, czujemy się obco ;p

Mam 4 domofony. Znaczy się, trzeba pokonać 4 domofony, żeby dostać się do mieszkania. Na klatce są kamery, a brama wjazdowa ma szlaban, który otwiera strażnik. Dla kontrastu, do drzwi mieszkania jest tylko jeden, całkowicie zwyczajny klucz.

I właściwie, to pomimo tego, że w pracy mam ciężko, bo na razie pływam stylem rozpaczliwym, a moje skrypty testowe są tak koślawo napisane, że jak w pt zaczęłam to przeglądać i poprawiać, to się za głowę złapałam (jutro mam to puścić i wygenerować raport. omg, cóż to będzie za drama ;p ), i chociaż będę musiała chodzić do pracy w sobotę, będę totalnie zmęczona (ha, ale mi nowość, cierpię chyba na przypadłość o nazwie chroniczne zmęczenie… ;p ), będę narzekać na studia i ogólnie będzie ciężko, to mam ochotę zacytować Liz Lemon: I’m telling you, this is gonna be my year ;]

Damn, 22! Dobrze, że odgruzowałam łóżko… ;p

so it begins.

No więc pojawił się plan na semestr zimowy tych głupawych studiów i powiem tak – szału nie ma. To znaczy, plan jest podobny do tego, jaki był dla roku wyżej, który to plan zaanalizowałam z każdej strony pod kątem pogodzenia studiów z pracą, także nie wiem, czego oczekiwałam. Chyba tego, że nagle postanowią upchnąć wszystkie laborki w jeden dzień albo że magicznym sposobem ktoś usunie jakiś przedmiot z listy. Niestety, moi drodzy, wbrew powszechnym opiniom 5. rok to nie jest „nic”, to jest kurwa yyy… 7 laborek (o Jezu, a ja cały czas powtarzałam mojemu szefowi w pracy, że 5! bieda).
Teraz, moi drodzy, teraz, a dokładniej już za parę dni przekonamy się, do jakiego stopnia matka korporacja jest w stanie zaakceptować fakt, że cały etat na papierze to nie do końca cały etat w rzeczywistości. Oczywiście byłoby trochę lepiej, gdybym była nieco bardziej doświadczona w tym co robię, bo biorąc pod uwagę, że pierwszy projekt (od ok. połowy kwietnia do połowy sierpnia) robiłam w labview (bo akurat trafiłam na etap testowania nowych tooli do testowania ;p ) i dotyczył on ultrasoników, i w ogóle miałam być w dziale ultrasoników, ale przerzucili mnie do innego teamu, gdzie jest testowane zupełnie coś innego (i używa się, że się tak wyrażę, mainstreamowego narzędzia do testów), no więc jak się weźmie to wszystko pod uwagę, i jeszcze to, że przez pierwsze 3 miesiące byłam na pół etatu, to można powiedzieć, że przyszedł nowy pracownik i po ok. 2 miesiącach… ee, nieważne.  Najlepsze, czy tez może najgorsze jest to, że chociaż byłam (czy też jestem) traktowana na razie ulgowo, to i tak jest spory pośpiech, więc nie wdając się w szczegóły powiem tak – nie mam czasu myśleć, tylko działam, po czym wiecznie muszę poprawiać swój własny kod, bo wiadomo – wiedzy przybywa ;p Tu bowiem trzeba oddać sprawiedliwość – choćbym nie wiem jak szła powoli do przodu, i chociaż cięgle jestem na czerwono w podsumowaniach, to mam wrażenie, że w ciągu MIESIĄCA zrobiłam ogromny progres… ;]